Zondacrypto. 350 milionów złotych. Tysiące poszkodowanych. Cztery lata bezczynności prokuratury. I człowiek, który mieszkał w Monako, nagrywał filmiki na YouTube — i którego nikt nie raczył przesłuchać. Dziś jest w Izraelu. I koniec historii. To nie jest opowieść o jednym oszuście. To jest opowieść o państwie, które doskonale wie, jak ścigać słabych — i doskonale wie, jak nie zauważać silnych.
Kilkadziesiąt godzin. Tyle zajęło miejscowej policji odnalezienie adresu mojej żony, i wykonanie późno-wieczornego telefonu z zaproszeniem, a może lepiej powiedzieć - wezwaniem na posterunek. Czyn, którego dopuściła się wezwana to przekroczenie prędkości w drodze powrotnej z Lidla o 14 kilometrów na godzinę. Niejaki Przemysław Kral jest podejrzany o wyprowadzenie setek milionów złotych ze swojej giełdy kryptowalut na szkodę tysięcy klientów. Wieść niesie, że prokuratura podejrzewała ten proceder od lat. I przez lata— nikt pana prezesa nawet nie przesłuchał. Dziś jest w Izraelu i ma tamtejsze obywatelstwo, więc Polska może o nim zapomnieć. Witajcie w państwie z tektury. Przemysław Kral przez ostatnie lata mieszkał w Monako. Nie ukrywał się — był w mediach, nagrywał filmy, udzielał wywiadów. Prokuratura wiedziała gdzie jest. Tłumaczenie, że „rezydentura w Monako była problemem dla przesłuchania" pada z ust ludzi, którzy doskonale wiedzą, że to nieprawda — bo tryb pomocy prawnej istnieje właśnie po to, aby takie problemy rozwiazac. Po prostu nikt nie kwapił się, żeby z niego skorzystać. A teraz pan Kral jest w Izraelu, ma tamtejsze obywatelstwo i Polska może o nim zapomnieć. Izrael nie wydaje swoich obywateli. Koniec historii. Ciekawie co myśli o tym wielotysięczne grono nabitych w butelkę na. lekko licząc, ponad 350 milionów? No, bo jak wiemy na Zondacrypto zniknęło 99 procent rezerw bitcoinów. Klienci nie mogą niczego wypłacić, strona giełdy nie działa. Nieoficjalnie mówi się, że straty mogą być wielokrotnie wyższe niż oficjalne 350 milionów złotych — bo część pieniędzy prawdopodobnie pochodziła z prania brudnych pieniędzy przez organizacje przestępcze, które oczywiście nie zgłoszą się na policję. Do tego mamy zaginionego założyciela firmy, co do którego prokuratorzy są przekonani, że został zamordowany — i śledztwo, które prawdopodobnie zostanie umorzone, bo nie ma ciała. Gdyby to był scenariusz serialu, powiedzielibyście że przesadzony. Ja zaś powiedziałbym, że gdyby nie łzy właścicieli kryptowalut, cała sprawa pachnałaby Bareją. Śledztwo niczego nie wykaże i, że powtórzę za mistrzem, zgnije sobie do jesieni na świeżym powietrzu... Ale mnie nie uderza nawet sam Kral. Chodzi o system, który takie działanie umożliwił. Proceder prowadzony przez lata i na oczach wszystkich. KNF miała informacje o problemach Zondacrypto. ABW miała raport o rosyjskim pochodzeniu pieniędzy zainwestowanych w giełdę — raport, o którym premier mówił w Sejmie, ale który jakoś nie trafił do prokuratury prowadzącej śledztwo. Resort finansów wiedział. I co? Nic. Każda z tych instytucji siedziała cicho, pilnowała własnego terytorium i nie kwapiła się, żeby zrobić coś, co mogłoby być interpretowane jako wyjście przed szereg. Sprawne państwo w takiej sytuacji działa inaczej. Sprawne państwo, gdy ma do czynienia z człowiekiem podejrzanym o poważne przestępstwa w wielkiej skali, który bywa w kraju rzadko, bo mieszka za granicą i unika kontaktu z prokuraturą, po prostu go zatrzymuje. Wystawia europejski nakaz aresztowania. Uderza w aktywa. Blokuje konta. Robi to wszystko zanim człowiek zdąży polecieć do kraju, z którego nie można go sprowadzić. Nasze państwo zamiast tego przez cztery lata nie przesłuchało go ani razu.
I tu wracam do tej speedingu mojej żony. To nie jest chwyt retoryczny — to jest sedno sprawy. Polskie organy ścigania potrafią być bezwzględnie skuteczne, gdy chodzi o słabych. Komornik, urząd skarbowy, ZUS — te instytucje działają sprawnie i bez litości, gdy dłużnik nie ma możliwości się bronić. Ale gdy naprzeciwko stoi ktoś z pieniędzmi, z zagranicznymi kontami, z obywatelstwem innego kraju i prawdopodobnie z właściwymi znajomościami — nagle pojawia się cały arsenał powodów, dla których „sprawa jest skomplikowana" i „procedury wymagają czasu".
To nie jest przypadek. To jest wzorzec. Kral w ostatnich dniach przed ucieczką tłumaczył, że problemy giełdy są „przejściowe". Pożegnał się ze współpracownikami przez internet. Chwilę później dostali wypowiedzenia. Rada nadzorcza złożyła rezygnację. Prokuratura ruszyła ze śledztwem gospodarczym — ale innym niż to, które bada zaginięcie niejakiego Suszka, bo to oczywiście inne jednostki i żadna z nich nie rozmawiała z drugą. A Kral jest już w Izraelu. Z wyłączonym telefonem. Już nieaktywny w mediach społecznościowych. Musi być mu nudno. Polska może teraz wysyłać pisma, składać wnioski o pomoc prawną i czekać. Latami. I tu dochodzimy do rzeczy, która mnie osobiście wkurza najbardziej. Wyobraźcie sobie sytuację odwrotną. Israelczyk okrada tysiące swoich rodaków, wyprowadza setki milionów, po czym ucieka do Polski i tu spokojnie mieszka, bo Polska — jak wiadomo — nie wydaje własnych obywateli. Jak długo trwałoby, zanim Mosad, Shin Bet albo zwykła izraelska prokuratura rozwiązałaby ten problem? Historia zna odpowiedź na to pytanie i jest ona jednoznaczna. Izrael to nie jest państwo teoretyczne. To państwo, które — gdy uzna, że jego obywatel lub jego interes wymaga działania poza granicami — po prostu działa. Bez konferencji prasowych, bez wniosków o pomoc prawną, bez czekania aż druga strona raczy odpowiedzieć na pismo. Można się z tym nie zgadzać. Można to krytykować. Ale nie można udawać, że tego nie ma. Tymczasem polska prokuratura, zapytana o Krala, odpowiada mniej więcej tak: przykro nam, wyjechał, obywatel izraelski, nic się nie da zrobić. Jakby przez cztery lata, gdy mieszkał w Monako i nagrywał filmiki na YouTube, nikt nie miał pojęcia, że taki scenariusz jest możliwy. Jakby nikt nie pomyślał, że warto byłoby jednak zaprosić go na przesłuchanie, zanim zdąży sięgnąć po drugi paszport. To jest właśnie państwo z tektury. Nie dlatego, że brakuje mu przepisów ani instytucji. Ma ich aż za dużo — i właśnie dlatego między nimi są dziury, przez które swobodnie przechodzą ci, którzy wiedzą gdzie szukać przejścia. Państwo z tektury to państwo, które sprawia wrażenie struktury, ale przy pierwszym poważnym teście ugina się i rozlewa. I dopóki ta sama prokuratura, która nie zdołała przesłuchać człowieka mieszkającego w Monako przez cztery lata, będzie tłumaczyć nam że „procedury są skomplikowane" — dopóty kolejni Kralowie będą pakować walizki spokojnie i bez pośpiechu. Bo wiedzą, że zdążą. Na bank!