The World Explained

Świat się zmienił - Izrael nie bardzo.

Episode Summary

Obserwując proces alienowania Izraela z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne. Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.

Episode Notes

Wiecie co? Mam takie nieodparte wrażenie, kiedy obserwuję pozycję Izraela na arenie międzynarodowej, że my tu wcale nie jesteśmy świadkami jakiegoś nagłego zwrotu w globalnych sympatiach. Nie, to raczej wygląda na stopniowe, powolne odsłanianie się prawdy – prawdy, która od bardzo dawna kryła się pod grubą warstwą dyplomatycznych kurtuazji i politycznej poprawności. Izrael ma coraz mniej sojuszników – to prawda, nie ma co ukrywać. Ale szczerze mówiąc, czy kiedykolwiek naprawdę miał prawdziwych przyjaciół? Czy może przez cały czas miał tylko partnerów interesu, których cierpliwość w końcu się po prostu wyczerpała? Jeszcze kilka lat temu Tel Awiw mógł liczyć na niemal bezwarunkowe poparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, na dość ciepłe relacje z częścią krajów europejskich, no i na to stopniowe normowanie stosunków z państwami arabskimi w ramach tych porozumień abrahamowych. A dzisiaj cały ten obraz ulega dramatycznej korekcie, naprawdę mocno się zmienia.

Nawet w Ameryce, gdzie poparcie dla Izraela przez całe dziesięciolecia było praktycznie świętością polityczną, pojawiają się coraz wyraźniejsze pęknięcia. Młodzi Demokraci już otwarcie kwestionują izraelską politykę wobec Palestyńczyków. Uniwersytety – te same uniwersytety, które jeszcze niedawno traktowały antysemityzm jako absolutne tabu – stają się teraz areną bardzo ostrych protestów przeciwko działaniom IDF. A w Kongresie coraz więcej polityków pozwala sobie na taką krytykę, która jeszcze dekadę temu byłaby po prostu równoznaczna z politycznym samobójstwem.

W Europie ten proces przebiega jeszcze szybciej i jeszcze wyraźniej. Irlandia, Norwegia, Hiszpania – te państwa już formalnie uznały Palestynę za suwerenny kraj. Francja stopniowo chłodzi swoje relacje, Niemcy – mimo wszystkich tych historycznych zobowiązań – coraz częściej pozwalają sobie na publiczne upomnienia skierowane w stronę Netanjahu. Nawet Wielka Brytania, która tradycyjnie była dosyć przyjazna Izraelowi, zaczyna mówić o „proporcjonalności” i o „prawach człowieka” w kontekście działań militarnych w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. To wszystko nie jest jakąś przypadkową zmianą nastrojów. To jest systematyczna erozja zaufania, która ma swoje naprawdę głębokie przyczyny. Po pierwsze, Izrael popełnił fundamentalny błąd strategiczny. Postawił niemal wyłącznie na wsparcie elit politycznych, a jednocześnie mocno zaniedbał opinię publiczną w tych krajach sojuszniczych. Przez wiele lat lobby pro-izraelskie koncentrowało się głównie na korytarzach władzy w Waszyngtonie, w Berlinie czy w Londynie, zapominając o tym, że w demokracjach to ostatecznie zwykli obywatele decydują o kierunkach polityki zagranicznej.

 

Gdy obrazy zniszczeń z Gazy zaczęły trafiać w czasie rzeczywistym na smartfony milionów ludzi na całym świecie, żadne dyplomatyczne zabiegi na najwyższych szczeblach nie były już w stanie zatrzymać tej fali oburzenia. Izraelska machina PR-owa, która była tak skuteczna jeszcze w erze telewizji i gazet, okazała się zupełnie bezradna wobec ery mediów społecznościowych, gdzie każdy może być dziennikarzem, a każde zdjęcie może obiec cały świat w ciągu zaledwie kilku godzin.

Po drugie, polityka Benjamina Netanjahu systematycznie alienowała nawet tych ludzi, którzy przez długi czas starali się zachować neutralność albo wręcz pewną życzliwość wobec Izraela. Jego bliskie związki z populistycznymi liderami – zaczynając od Donalda Trumpa, przez Viktora Orbána, aż po Jaira Bolsonaro – sprawiały, że Tel Awiw coraz częściej kojarzył się ludziom z autorytaryzmem i ze skrajną prawicą. Dla liberalnych elit w Europie i dla części amerykańskiego establishmentu stało się to po prostu nie do przyjęcia.

Netanjahu, świadomie czy nieświadomie, zamienił Izrael z kraju, który mógł liczyć na ponadpartyjne poparcie, w taki symbol politycznych podziałów. Demokratom w USA zaczął się kojarzyć z Trumpem, a europejskim centrowcom – z orbanowskim populizmem. To była cena, której Tel Awiw najwyraźniej nie brał pod uwagę.

Po trzecie, sama natura konfliktu izraelsko-palestyńskiego uległa w oczach świata fundamentalnej zmianie. Przez dziesiątki lat Izrael mógł się prezentować jako mała, zagrożona demokracja, otoczona wrogimi reżimami arabskimi, walcząca o przetrwanie przeciwko przeważającym siłom. Ten obraz naprawdę działał, kiedy izraelska armia była rzeczywiście mniej liczna i gorzej uzbrojona niż te arabskie koalicje, a państwo żydowskie wydawało się faktycznie walczyć o swoje biologiczne przetrwanie. Dzisiaj Izrael to już potęga militarna z nuklearnym arsenałem, z jedną z najnowocześniejszych armii w całym regionie, z gospodarką na poziomie rozwiniętych krajów europejskich. Palestyńczycy to już nie część jakiejś wielkiej arabskiej koalicji, tylko rozproszony, podzielony naród bez prawdziwej armii, bez własnego państwa, często bez podstawowych usług. Gdy David staje się Goliatem, a Goliat zostaje zepchnięty do roli Davida – cała ta narracja po prostu się rozpada.

Co więcej, pokoleniowa zmiana w sposobie postrzegania historii też działa mocno na niekorzyść Izraela. Dla ludzi urodzonych po 1980 roku Holocaust to już odległa historia, tak samo jak powstanie państwa Izrael w 1948 roku. Ci ludzie nie noszą w sobie tego historycznego bagażu winy i zobowiązań, który mieli ich dziadkowie. Dla nich znaczenie ma to, co widzą tu i teraz: nowoczesne, bogate państwo, które od wielu dekad okupuje terytoria, buduje osiedla, kontroluje życie milionów ludzi pozbawionych praw obywatelskich. Argumenty historyczne, które przez dziesięciolecia zapewniały Izraelowi niemal automatyczne poparcie zachodnich społeczeństw, tracą swoją mobilizującą siłę. Historia staje się coraz bardziej po prostu historią, a nie żywym doświadczeniem, które kształtuje obecne wybory. Jednocześnie Izrael popełnia kolejne błędy taktyczne, które jeszcze bardziej pogłębiają tę jego izolację. Reakcja na krytykę międzynarodową bardzo często sprowadza się do prostego schematu: każdy, kto kwestionuje izraelską politykę, jest antysemitą. Ta strategia, która była jeszcze skuteczna kilkanaście lat temu, dzisiaj wywołuje głównie zmęczenie i irytację.

Ludzie zaczynają coraz wyraźniej dostrzegać różnicę między antysemityzmem – rzeczywistym i naprawdę godnym potępienia zjawiskiem – a zwykłą krytyką konkretnych działań konkretnego rządu. Gdy każda próba racjonalnej debaty zostaje natychmiast stygmatyzowana jako przejaw nienawiści rasowej, to rozmowa po prostu się kończy. A wraz z nią kończy się też szansa na jakąkolwiek odbudowę zaufania.

Izrael staje dzisiaj przed dylematem, który może zadecydować o jego długoterminowej pozycji międzynarodowej. Może dalej liczyć na wsparcie tej garstki najbliższych sojuszników, głównie Stanów Zjednoczonych, i po prostu ignorować rosnącą izolację. Może też spróbować odbudować swoją pozycję, ale będzie to wymagało fundamentalnych zmian – zarówno w polityce wobec Palestyńczyków, jak i w sposobie komunikowania się ze światem.

Pierwszy wariant oznacza stopniowe, ale trwałe osuwanie się w kierunku statusu państwa-pariasa, podobnego do tego, co było z apartheidem w RPA. Drugi wariant wymaga odwagi politycznej, której izraelskim liderom wyraźnie zabrakło przez ostatnie dwie dekady. Moim zdaniem, obserwując ten cały proces z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne.

Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.