The World Explained

"Stabilna złotówka” to mit. Jak przez 25 lat straciliśmy połowę oszczędności.

Episode Summary

Jechałem samochodem i usłyszałem ekonomistę, który przekonywał, że złotówka jest stabilna. Postanowiłem sprawdzić dane. Skumulowana inflacja w Polsce od 2000 roku wyniosła 145 procent.

Episode Notes

Jechałem dziś samochodem i usłyszałem w radiu ekonomistę, który z przekonaniem tłumaczył słuchaczom, że kryptowaluty to bzdura, bo „za nimi nic nie stoi", i że powinniśmy trzymać się pieniądza fiducjarnego, który jest – uwaga – „stabilny". Musiałem zatrzymać się na poboczu, bo przez chwilę myślałem, że mam problem ze słuchem. Ekonomista, prawdopodobnie z tytułem naukowym i wieloletnim doświadczeniem, właśnie poradził Polakom, żeby ufali stabilności złotówki. W 2026 roku.

Patrząc na to wszystko z pewnym dystansem, trudno mi się oprzeć refleksji, jak bardzo zdezorientowana jest dzisiejsza debata ekonomiczna. Oto mamy eksperta, który ostrzega przed „niestabilnością" bitcoina i jednocześnie chwali zalety polskiego pieniądza fiducjarnego. Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią coś zupełnie innego. Od roku 2000 do dziś skumulowana inflacja w Polsce wyniosła około 145 procent. Oznacza to w praktyce, że coś, co ćwierć wieku temu kosztowało sto złotych, kosztuje dziś około dwustu czterdziestu pięciu złotych. Nasz stabilny, fiducjarny pieniądz stracił ponad połowę swojej siły nabywczej.

To nie są abstrakcyjne liczby z ekonomicznych podręczników. To konkretna, bolesna rzeczywistość milionów Polaków. Ktoś, kto w 2000 roku trzymał oszczędności w złotówkach – bez żadnych lokat, bez inwestycji, po prostu w gotówce – dziś ma pieniądze warte mniej niż połowę pierwotnej wartości. Każdy, kto przez te dwadzieścia pięć lat systematycznie odkładał banknoty do puszki czy skarpety, de facto systematycznie tracił majątek. I to ma być przykład stabilności, którą ekonomista poleca w radiu?

Szczególnie wymowne jest rozłożenie tej inflacji w czasie. Do roku 2016 sytuacja wyglądała jeszcze względnie spokojnie – skumulowana inflacja wynosiła „tylko" około pięćdziesięciu pięciu procent. To wciąż oznaczało systematyczne pożeranie siły nabywczej, ale w tempie, które można było jakoś znieść i które nie rzucało się dramatycznie w oczy. Problem w tym, że potem nastąpiło przyspieszenie. A prawdziwy szok przyszedł w latach 2022-2023, kiedy roczna inflacja osiągnęła odpowiednio 14,4 i 11,4 procenta. Ta dwuletnia fala inflacji pandemiczno-wojennej sama w sobie dorzuciła ponad siedemdziesiąt punktów procentowych do całkowitego wyniku.

Średnioroczna inflacja przez cały ten okres wynosi około 3,5 procenta, ale – co kluczowe – ze zdecydowanie nierównomiernym rozłożeniem w czasie. To znaczy, że nasz rzekomo stabilny pieniądz fiducjarny co roku, systematycznie, zjadał oszczędności zwykłych ludzi w tempie, które w niektórych okresach przypominało raczej wenezuelskie czy tureckie standardy niż europejską stabilność. I właśnie na takim fundamencie ekonomista buduje swoją krytykę kryptowalut jako czegoś niepewnego i ryzykownego.

Mam wrażenie, że obserwujemy tutaj klasyczny przykład ekonomicznego dwójmyślenia. Z jednej strony uznajemy, że pieniądz, który przez ćwierć wieku stracił połowę wartości, zasługuje na miano „stabilnego". Z drugiej strony ostrzegamy przed ryzykiem inwestowania w aktywa, które – owszem – potrafią gwałtownie tracić na wartości, ale które w tym samym czasie potrafią też gwałtownie zyskiwać. Bitcoin może spaść o pięćdziesiąt procent w ciągu roku, ale może też wzrosnąć o trzysta. Polski złoty ma gwarancję, że straci kilka procent wartości każdego roku – i robi to z żelazną konsekwencją od dekad.

Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby bezkrytycznie chwalić kryptowaluty czy sugerować, że każdy powinien natychmiast wymienić wszystkie oszczędności na bitcoiny. To byłaby równie nieodpowiedzialna rada jak ta, którą usłyszałem w radiu, tyle że w drugą stronę. Chodzi mi o to, że debata ekonomiczna powinna opierać się na faktach, a nie na wishful thinking i powtarzaniu frazesów, które straciły związek z rzeczywistością.

Kiedy ekonomista mówi, że „za kryptowalutami nic nie stoi", warto zapytać: a co stoi za polskim złotym? Czy to przypadkiem nie jest dokładnie to samo – zaufanie do instytucji, które go emitują? Różnica polega na tym, że w przypadku bitcoina mamy do czynienia z algorytmem, którego zasady są znane, przejrzyste i niemożliwe do jednostronnej zmiany przez jakąkolwiek władzę. W przypadku złotówki mamy instytucje, które przez ostatnie ćwierć wieku konsekwentnie, systematycznie i całkowicie legalnie pozbawiały nas połowy siły nabywczej naszych pieniędzy.

To, co najbardziej mnie uderza w tej całej sytuacji, to fakt, że ta ekonomiczna propaganda najwidoczniej działa. Ludzie wciąż wierzą, że trzymanie pieniędzy w bankach czy w gotówce to bezpieczna, konserwatywna strategia, podczas gdy inwestowanie w cokolwiek innego to ryzykowna spekulacja. Tymczasem prawda jest dokładnie odwrotna: w warunkach permanentnej inflacji to właśnie trzymanie pieniędzy w tradycyjnej formie jest najbardziej ryzykowną strategią ze wszystkich możliwych. To strategia gwarantowanej straty.

Oczywiście można powiedzieć, że inflacja to zjawisko globalne, że dotyka wszystkich krajów, że wynika z obiektywnych czynników ekonomicznych i że władze monetarne robią co mogą, żeby ją kontrolować. Owszem, część tych argumentów ma sens. Ale to nie zmienia podstawowego faktu: jeśli ktoś przez ostatnie dwadzieścia pięć lat słuchał rad ekonomistów o „stabilności" pieniądza fiducjarnego i trzymał oszczędności w złotówkach, to dziś ma połowę tego, co miał na początku. A gdyby zamiast tego włożył te pieniądze w indeks giełdowy, w nieruchomości, w złoto, czy nawet – o zgrozo – w bitcoina, prawdopodobnie miałby dziś wielokrotnie więcej.

Nie jestem fanem spekulacji finansowych ani nie uważam, że każdy powinien stać się daytraderem czy krypto-entuzjastą. Ale uważam, że ludzie mają prawo do uczciwej informacji o tym, co dzieje się z ich pieniędzmi. A uczciwa informacja brzmi tak: polski pieniądz fiducjarny przez ostatnie ćwierć wieku okazał się jedną z najgorszych możliwych form przechowywania wartości. Systematycznie, przewidywalnie i bezlitośnie pożerał oszczędności wszystkich, którzy mu ufali.

Może nadszedł czas, żeby ekonomiści w radiu zaczęli mówić prawdę. Albo przynajmniej przestali nazywać stabilnością to, co w rzeczywistości jest powolną, ale nieuchronną konfiskatą. Bo jeśli po dwudziestu pięciu latach systematycznych strat wciąż nazywamy złotówkę „stabilnym pieniądzem", to znaczy, że żyjemy w świecie, gdzie słowa całkowicie straciły związek ze znaczeniem.